"Zwyczajna przysługa": Nic nadzwyczajnego
Spokojna "mamuśka" z amerykańskiego przedmieścia kontra harpia z tajemniczą przeszłością. Nic dodać, nic ująć. Z pewnością dla twórców "Zwyczajnej przysługi" konflikt kulturowy na poziomie ról genderowych miał być gwarantem sukcesu. Niestety nie tym razem. Paul Feig ("Druhny") obiecuje widzom film-zagadkę, w którym najważniejszy jest wątek kryminalny. Z minuty na minutę cała intryga przestaje mieć jednak jakiekolwiek znaczenie. Gdyby nie drobne slapstickowe żarty, można by umrzeć z nudów.